O idealnej przestrzeni do tworzenia, o najważniejszej, japońskiej lekcji, i o  życiowym priorytecie, opowiada ZIOLOVE pisarka Joanna Bator

W jaki sposób włączasz swój mózg w tryb tworzenia, czy wymaga on określonych warunków?

Najważniejszy jest początek książki. Trzeba rozpoznać w sobie tę gotowość. Poczuć, że akurat tego dnia trzeba usiąść przy biurku i chwycić nić, bo opowieść już dojrzała w głowie. W tej fazie ważne jest wyciszenie i brak pośpiechu, presji. Od pierwszego zdania wszystko toczy się w znanej mi rutynie wytężonej, skupionej pracy. Pracuję w ciągu dnia, ale daję sobie swobodę, nie patrzę na zegarek. Zawsze lubiłam duże pomieszczenia, przeszklone, świetliste. W mojej pracowni stół stoi naprzeciw przezroczystej ściany, którą mogę całkowicie odsunąć. Abym czuła się dobrze, wystarczy mi ten widok na ogród i dzbanek zielonej herbaty, którą sprowadzam z Japonii. I moje koty, które głaszczę między słowami.

Wiele lat spędziłaś w Japonii. Na ile ten pobyt wpłynął na Twój sposób dbania o siebie i podejście do zdrowia?

W Japonii po raz pierwszy w dorosłym życiu miałam czas i warunki, by po prostu patrzeć, jak życie płynie. To na początku było najważniejsze – wymknęłam się z wyścigu szczurów. Mogłam wsłuchać się w siebie.

Zaczęłam regularnie biegać i szukać formy medytacji, która odpowiadałaby mojemu hiperaktywnemu umysłowi i ciału, które nie lubi trwać w bezruchu. Kiedy dowiedziałam się o istnieniu szkół medytacji w biegu, wiedziałam, że odkryłam swoją holistyczną formę zdrowienia i budowania siły. Medytacja w biegu, codzienna praktyka uważności – to najważniejsza japońska lekcja. Tam też przestałam jeść mięso ssaków i odkryłam zieloną herbatę, tę najlepszą. Nauczyłam się trzech zasad dobrej diety: jakość, sezonowość, prostota.

Joanna Bator
Pisarka, publicystka, felietonistka i podróżniczka. Autorka poczytnych powieści, m.in. “Piaskowa Góra”, “Chmurdalia”, “Japoński wachlarz”, “Ciemno , prawie noc” ‘Purezento”.

Jakie rady dałabyś osobom, które mają poczucie, że zdrowie, energia i kondycja nigdy ich nie opuści?

Myślę, że po czterdziestce życie samo nam pokazuje, że nic nie trwa wiecznie. Starzeją się nasi rodzice, chorują, odchodzą. Pojawiają się pierwsze oznaki przemijania. Dla mnie takim przebudzeniem były pierwsze okulary do czytania ze cztery lata temu. A więc to już! I mnie to spotyka! Ostatnio coraz bliższa jest mi idea samoograniczania – rzeczy, podróży, projektów, pragnień – to sprzyja zgodzie na przemijanie. Kiedy mniej się chce, budzi się chęć kontemplacji piękna. Przychodzi spokój.

 Twórcy w szczególności narażeni są na stres wynikający z ciągłej oceny przez osoby trzecie, w jaki sposób sobie z tym radzisz?

Od mojej pierwszej powieści, „Piaskowej Góry”, byłam czytaną autorką. Ponad sto tysięcy sprzedanych egzemplarzy w naszym kraju to wyczyn olimpijski. Pisanie stało się zawodem, dającym jakąś pewność. Szybko przestałam w ogóle czytać recenzje i spróbowałam odpowiedzieć sobie na pytanie, co w tym wszystkim jest dla mnie dobre i przynosi dobro innym? Odpowiedzią jest kontakt z Czytelnikami. Na tym się skupiam – na budowaniu więzi z nimi, solidarności, wymianie myśli.

Czym się kierujesz w podejmowaniu trudnych decyzji? Mówi się, że bieganie rozwala kolana, a wzmacnia serce, jak wybierasz priorytety?

Moim priorytetem jest harmonia i staram się tak podejmować decyzje, by jej nie naruszyć. Czasem ciągnie mnie znów w świat i to mocno, ale wiem, że okres nomadyczny minął i moje miejsce jest tutaj, z moim stadem.

Kiedy bieganie jest pasją, a kiedy zaczyna być narkotykiem?

Dla osób skłonnych do uzależnień bieganie stanie się narkotykiem bardzo szybko. Jak wszystko inne. Tacy ludzie niszczą swoje ciała, padają na ultramaratonach. Ja tego nie mam. Lubię po prostu samotnie, nawet bez zegarka biec przez las i nie myśleć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Add to cart